czwartek, 14 sierpnia 2014

Co zrobić, gdy mamy długi, a nie chcemy dalej w nie brnąć?

Wiele osób z pewnością zna ten stan i niestety, wiele osób nie jest skłonna do żadnego ruchu, by poprawić swoje położenie. To przedziwne, że tak wiele dorosłych jednostek, biernie czeka na cud lub jakąkolwiek inną formę boskiej ingerencji wówczas, gdy liczby jasno dają do zrozumienia, że kończy się ich funkcjonowanie. Kończy, oczywiście nie w sensie utraty życia, choć nawiązanie do takiego klimatu wobec prawie-że-upadłości osoby zadłużonej, zdaje się całkiem nieźle pasować do opisu sytuacji. Ludzie chętnie pożyczają pieniądze, bo mają wrażenie, że w ten sposób podnoszą standard swojego życia. Owszem, na chwilę. Gdy obkupimy się w nowe, nikomu niepotrzebne przedmioty, które przez chwilę będą nas cieszyły, a potem i tak pójdą w kąt, nikt nie zastanawia się nad bezsensem takiego zachowania, nad konsekwencjami, które musimy ponieść w zakresie tego, by rzeczywiście odczuć, że wydawanie pieniędzy, to nie banał. Nie jest tajemnicą, że zadłużyć się znacznie łatwiej, niż te długi później spłacić. A ludzie, nie wiedzieć czemu, zamiatają temat pieniędzy pod dywan. Z takiego zamiatania między innymi, pożyczki dla zadłużonych z komornikiem, zyskują na popularności i jest ich coraz więcej. Gdy już ktoś będzie zmuszony do skorzystania z takiej formy finansowej pomocy, trzeba koniecznie orientować się precyzyjnie w warunkach. Nie jest sztuką wziąć pożyczkę będąc zadłużonym, chodzi raczej o to, by poprawić swoją sytuację, zamiast jeszcze dodatkowo pogłębiać swoją, delikatnie mówiąc, niekorzystną finansową kondycję. Żeby tego uniknąć, trzeba kierować się rozsądkiem i zwracać uwagę na kluczowe dane: okres pożyczki, koszta i oprocentowanie. Można skorzystać z porad doradców finansowych, jeśli sami nie orientujemy się w tych akurat rozwiązaniach. Wówczas, podejmiemy znacznie korzystniejszą decyzję, niż w ciemno.

czwartek, 26 czerwca 2014

Reklamowy zawrót głowy w Polsce


Reklama w polskich mediach to ciągle zjawisko relatywnie nowe, tak jak cała nasza gospodarka wolnorynkowa. Pierwsze rodzime reklamy telewizyjne w naszym kraju pojawiały się pod koniec lat 80. i były dość siermiężną kalką zachodnich produkcji. O ile na Zachodzie istniały one od tak długo jak telewizja, w Polsce stały się nowością i powiewem lepszego świata. Polacy początkowo traktowali je z ciekawością, lekkim przymrużeniem oka, wreszcie – ze zniechęceniem i irytacją. Nie da się jednak ukryć, że reklama, zwłaszcza telewizyjna, stała się znakomitym nośnikiem, a wręcz częścią kultury popularnej. Powiedzenia czy zachowania przedstawiane w reklamie były kopiowane do życia codziennego. W zasadzie bywa tak do dziś, z tym że Polacy nabrali już dystansu do produkcji reklamowych.
Czy zawsze powinniśmy traktować reklamę jako przerwę na zrobienie sobie wody z cytryną albo wizytę w toalecie? Niekoniecznie, bo niektóre produkcje reklamowe są zrealizowane z rozmachem i pomysłem. Istnieje całkiem pokaźne grono miłośników reklam, którzy organizują festiwale filmów reklamowych, traktując je w kategoriach dział sztuki. Może to niekiedy lekka przesada, choć niektóre spoty na pewno są niebanalne. Reklama może jednak drażnić, jeśli jest sztuczna, nachalna, kopiowana z kiepskim dubbingiem. Czasami warto zwrócić uwagę na reklamy społeczne, które bywają wyraziste i są dobrym materiałem do przemyśleń.
Jako konsumenci na wolnym rynku mamy prawo do dokonywania wyboru. I bardzo dobrze, że nie istnieje monopol w żadnej dziedzinie życia. Konkurencja jest zdrowym zjawiskiem, które każdemu wychodzi na dobre. Reklama może nam pomóc w dokonaniu wyboru, ewentualnie zwróceniu uwagi na określone rozwiązania. Jednak świadomy odbiorca zdaje sobie sprawę, że można zareklamować dosłownie wszystko, bez względu na jakość i cenę. Oglądając reklamy, warto uczyć się dystansu do świata komercji, w którym wszystko jest na sprzedaż. Czy nam się to podoba, czy też nie, reklama jest potężną dźwignią handlu i usług. Sam przemysł reklamowy jest sektorem, który generuje ogromne zyski. Koncerny medialne w znacznej mierze utrzymują się ze sprzedaży czasu reklamowego i z pewnością nie zrezygnują ze swoich pokaźnych zysków.
Nie uciekniemy przed reklamą, a wręcz jesteśmy na nią skazani. A zatem zamiast zgrzytać zębami, widząc kolejny blok reklamowy, warto nabrać dystansu do tej dziedziny. Nie traktujmy reklamy ani jako wyroczni, ani maszyny do ogłupiania masowego odbiorcy. Jest ona po prostu częścią naszej rzeczywistości.

Magia plastikowego pieniądza

Ekonomiści alarmują, że Polacy zadłużają się na potęgę. Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? Na pewno trudna sytuacja gospodarcza ma tutaj duże znaczenie, choć nie tylko. Dostępność różnego rodzaju kredytów sprawia, że całkiem łatwo można wyrzec się zdrowego rozsądku na rzecz zakupu wymarzonego produktu. Część osób lubi żyć ponad stan, a wręcz imponować innym, oczywiście za pożyczone pieniądze. Takie krótkofalowe myślenie może mieć tragiczne konsekwencje w postaci pętli kredytowej.

Miliony osób lubi stwarzać sobie choćby namiastkę luksusu. Kto ponosi za to winę? I czy w ogóle można mówić o winie? To przecież mechanizm stary jak współczesna cywilizacja. W realiach gospodarki wolnorynkowej możemy wiele, ale trzeba również liczyć się z konsekwencjami swoich decyzji. O ile nasze dochody są w miarę stabilne, niekoniecznie musimy odkładać pieniądze „do skarpety”, żeby oszczędzić na wymarzony telewizor, komputer czy wyjazd do Egiptu. Każdy może znaleźć ofertę banków i firm pożyczkowych dostosowaną do swoich potrzeb i oczekiwań. Oceniając ewentualne ryzyko, trzeba dokładnie zapoznać się z propozycjami, korzystając z pomocy doradców kredytowych. Można też wygodnie zrobić to z własnego domu, za pośrednictwem internetu, gdzie nie brakuje pożytecznych informacji w tym zakresie. Przykładem może być strona http://feningi.pl, na której można znaleźć wiele interesujących wiadomości z sektora bankowego.
Niegdyś karta kredytowa była symbolem luksusu i wysokich dochodów. Wraz z rozwojem i dostępem bankowości na dobre zagościła ona w portfelach Polaków, nie tylko tych dobrze sytuowanych. Nie da się ukryć, że jest to wygodne narzędzie i… bardzo niebezpieczne. Około 5 mln osób ma w naszym kraju co najmniej jedną kartę kredytową. Jednak przerażać może fakt, że wielu ludzi nie bardzo wie, czym różni się ona od karty płatniczej. Wykorzystanie limitu karty kredytowej, jak sama nazwa wskazuje, jest już formą kredytu, i to na ogół bardzo niekorzystnie oprocentowanego. Do tego dochodzą dodatkowe opłaty, takie jak ubezpieczenie karty albo roczna prowizja za korzystanie z tej usługi. Płatność kartą kredytową i spłata zadłużenia mogą sprawiać wrażenie, że ciągle obracamy naszymi pieniędzmi – możemy przecież w kolejnym miesiącu swobodnie wydać to, co wpłaciliśmy na rachunek karty. W ten sposób regularnie zasilamy… system bankowy. W końcu kiedyś trzeba będzie spłacić zadłużenie na karcie, oczywiście z należnymi odsetkami.
Banki wiedzą, że karty kredytowe to dla nich świetny interes, dlatego chętnie oferują je klientom. Niektóre osoby mają nawet po kilka, a rekordziści – po kilkanaście kart kredytowych. Warto pamiętać, że zadłużenie na karcie negatywnie odbije się na ocenie zdolności kredytowej, jeśli będziemy się starać o tradycyjny kredyt. Przede wszystkim trzeba jednak mieć na uwadze, że plastikowy pieniądz jest wygodnym, lecz ryzykownym narzędziem płatności.

Samozatrudnienie – zło konieczne czy ciekawa opcja?

Wysokie koszty pracy sprawiają, że osoby pracujące na etacie stają się niemal uprzywilejowaną grupą zawodową. Umowa zawierana na czas nieokreślony staje się dobrem trudno dostępnym. Pracodawcy preferują tańsze rozwiązania, takie jak umowy cywilnoprawne czy outsourcing. Niekiedy już w ogłoszeniach dotyczących ofert pracy zamieszcza się zastrzeżenie „gotowość do założenia działalności gospodarczej”.
Gdy zaczynałem swoją pierwszą poważniejszą pracę, w zasadzie nie miałem żadnej możliwości wyboru – miła pani kierowniczka, która ze mną rozmawiała, od razu zaznaczyła, że po trzech miesiącach pracowania na podstawie umowy o dzieło muszę otworzyć działalność gospodarczą. Podpisanie innej umowy nie wchodziło w rachubę. Ponieważ zależało mi na tej pracy, w taki oto sposób zostałem „przedsiębiorcą”. Tutaj cudzysłów nieprzypadkowy, ponieważ de facto byłem normalnym pracownikiem, który przez co najmniej osiem godzin dziennie wykonuje swoje obowiązki. No, może nie do końca normalnym – miałem te same obowiązki co osoby na etacie, ale już praktycznie żadnych przywilejów wynikających z kodeksu pracy.

Przez jakiś czas starałem się walczyć z taką sytuacją, bowiem w świetle prawa po prostu byłem pracownikiem – mój czas pracy był ewidencjonowany, pracowałam w miejscu i okolicznościach wskazanych przez zlecającego, oczywiście pod jego nadzorem. Wszelkie dyskusje kończyły się jednak subtelnym wskazaniem mi miejsca w szeregu – zresztą miejsca, na które było już kilkudziesięciu innych chętnych… Z czasem firma nieco zmieniła zasady współpracy ze mną i zacząłem pracować w domu, nie w siedzibie firmy. To już nieco bardziej przypominało typowe świadczenie usług, choć do ideału było jeszcze daleko. Dziwna to sytuacja, w której zleceniodawca wylicza zleceniobiorcy każdą minutę pracy i nieustannie kontroluje jego działania… Po kilku latach nasza współpraca umarła śmiercią naturalną, a powodem była niewydolność finansowa firmy. Mimo wszystko było to dość ciekawe przeżycie, w dodatku… płatne. Wiem, że w podobnej sytuacji jest i może być tysiące pracowników etatowych. Dlatego podzielę się moim spostrzeżeniami.
Jakie są zalety jednoosobowej działalności gospodarczej, czyli tak naprawdę samozatrudnienia? O ile nie jest to ukryty etat, jak w moim przypadku, można mówić o dużej dozie swobody. Nawet ja, chociaż musiałem się rozliczać z czasu pracy, w zasadzie nie miałem problemu, aby w dowolnym czasie zrobić sobie wolne (oczywiście z pewnym konsekwencjami, ale o tym będzie później). W modelowym przykładzie współpracy działamy na własne ryzyko, realizujemy zlecenia wedle naszej najlepszej wiedzy i kompetencji. Nie mamy więc stałego nadzoru i kontroli, rozliczając się jedynie z efektów pracy. Warto podkreślić, że często jest to wyjście dość korzystne finansowo, w porównaniu z osobami, które pracują na etatach. Można zarobić więcej, ale i trzeba ponosić koszty własne.
No i robi się, niestety, mniej różowo… Największym obciążeniem jest konieczność płacenia składek do ZUS-u. Jeśli chcemy dłużej współpracować, przestaną nas obowiązywać ulgowe stawki, co jest już bardzo uciążliwe. Trzeba też płacić podatki. Z mojego doświadczenia wynika, że dość korzystny jest ryczałt. Wiem jednak, że wiele osób korzysta na podatku VAT, odpisując sobie, na przykład, koszty paliwa czy zakupu materiałów. Ponosimy też koszty własne, pracując w domu, chociaż niekoniecznie muszą być one przerażające.
Kolejnym problemem są urlopy, a w zasadzie ich brak. Jak ktoś kiedyś powiedział: „Jeśli wykonujesz wolny zawód, wolno ci pracować do upadłego”. Żeby pozwolić sobie na dwutygodniowy urlop, trzeba praktycznie oszczędzać przez cały rok. Jeśli nie pracujemy, nie zarabiamy. Każdy nieprzepracowany dzień wiąże się więc z wymierną stratą. Ani ZUS-u, ani urzędu skarbowego nie interesuje to, że przepracowaliśmy tylko połowę miesiąca – albo zapłacimy na czas, albo możemy mieć spore kłopoty.
Planowanie urlopu przy prowadzeniu działalności gospodarczej wymaga ogromnej samodyscypliny. Będzie ona potrzebna również przy samej pracy. Jeśli potrafimy sobie doskonale zorganizować dzień, nie będzie z tym problemu. Często po prostu musimy przekonać naszych domowników, że siedzenie w domu nie musi oznaczać relaksu, ale pracę.
Jaki jest bilans zysków i strat przy prowadzeniu jednoosobowej działalności gospodarczej? To oczywiście zależy od opłacalności danego zajęcia i kondycji finansowej naszego zleceniodawcy. Często można zarobić więcej niż osoby na etacie. Moim zdaniem jednak najważniejsze jest to, by nie dać z siebie zrobić ukrytego pracownika. To generuje już prawie same straty…