czwartek, 14 sierpnia 2014
Co zrobić, gdy mamy długi, a nie chcemy dalej w nie brnąć?
czwartek, 26 czerwca 2014
Reklamowy zawrót głowy w Polsce
Reklama
w polskich mediach to ciągle zjawisko relatywnie nowe, tak jak cała nasza
gospodarka wolnorynkowa. Pierwsze rodzime reklamy telewizyjne w naszym kraju
pojawiały się pod koniec lat 80. i były dość siermiężną kalką zachodnich
produkcji. O ile na Zachodzie istniały one od tak długo jak telewizja, w Polsce
stały się nowością i powiewem lepszego świata. Polacy początkowo traktowali je
z ciekawością, lekkim przymrużeniem oka, wreszcie – ze zniechęceniem i
irytacją. Nie da się jednak ukryć, że reklama, zwłaszcza telewizyjna, stała się
znakomitym nośnikiem, a wręcz częścią kultury popularnej. Powiedzenia czy
zachowania przedstawiane w reklamie były kopiowane do życia codziennego. W
zasadzie bywa tak do dziś, z tym że Polacy nabrali już dystansu do produkcji
reklamowych.
Czy
zawsze powinniśmy traktować reklamę jako przerwę na zrobienie sobie wody z
cytryną albo wizytę w toalecie? Niekoniecznie, bo niektóre produkcje reklamowe
są zrealizowane z rozmachem i pomysłem. Istnieje całkiem pokaźne grono
miłośników reklam, którzy organizują festiwale filmów reklamowych, traktując je
w kategoriach dział sztuki. Może to niekiedy lekka przesada, choć niektóre
spoty na pewno są niebanalne. Reklama może jednak drażnić, jeśli jest sztuczna,
nachalna, kopiowana z kiepskim dubbingiem. Czasami warto zwrócić uwagę na
reklamy społeczne, które bywają wyraziste i są dobrym materiałem do przemyśleń.
Jako
konsumenci na wolnym rynku mamy prawo do dokonywania wyboru. I bardzo dobrze,
że nie istnieje monopol w żadnej dziedzinie życia. Konkurencja jest zdrowym
zjawiskiem, które każdemu wychodzi na dobre. Reklama może nam pomóc w dokonaniu
wyboru, ewentualnie zwróceniu uwagi na określone rozwiązania. Jednak świadomy
odbiorca zdaje sobie sprawę, że można zareklamować dosłownie wszystko, bez
względu na jakość i cenę. Oglądając reklamy, warto uczyć się dystansu do świata
komercji, w którym wszystko jest na sprzedaż. Czy nam się to podoba, czy też
nie, reklama jest potężną dźwignią handlu i usług. Sam przemysł reklamowy jest
sektorem, który generuje ogromne zyski. Koncerny medialne w znacznej mierze
utrzymują się ze sprzedaży czasu reklamowego i z pewnością nie zrezygnują ze
swoich pokaźnych zysków.
Nie uciekniemy przed reklamą, a wręcz jesteśmy na nią
skazani. A zatem zamiast zgrzytać zębami, widząc kolejny blok reklamowy, warto
nabrać dystansu do tej dziedziny. Nie traktujmy reklamy ani jako wyroczni, ani
maszyny do ogłupiania masowego odbiorcy. Jest ona po prostu częścią naszej
rzeczywistości.
Magia plastikowego pieniądza
Ekonomiści
alarmują, że Polacy zadłużają się na potęgę. Co jest przyczyną takiego stanu
rzeczy? Na pewno trudna sytuacja gospodarcza ma tutaj duże znaczenie, choć nie
tylko. Dostępność różnego rodzaju kredytów sprawia, że całkiem łatwo można
wyrzec się zdrowego rozsądku na rzecz zakupu wymarzonego produktu. Część osób
lubi żyć ponad stan, a wręcz imponować innym, oczywiście za pożyczone
pieniądze. Takie krótkofalowe myślenie może mieć tragiczne konsekwencje w
postaci pętli kredytowej.
Miliony
osób lubi stwarzać sobie choćby namiastkę luksusu. Kto ponosi za to winę? I czy
w ogóle można mówić o winie? To przecież mechanizm stary jak współczesna
cywilizacja. W realiach gospodarki wolnorynkowej możemy wiele, ale trzeba
również liczyć się z konsekwencjami swoich decyzji. O ile nasze dochody są w
miarę stabilne, niekoniecznie musimy odkładać pieniądze „do skarpety”, żeby
oszczędzić na wymarzony telewizor, komputer czy wyjazd do Egiptu. Każdy może
znaleźć ofertę banków i firm pożyczkowych dostosowaną do swoich potrzeb i
oczekiwań. Oceniając ewentualne ryzyko, trzeba dokładnie zapoznać się z propozycjami,
korzystając z pomocy doradców kredytowych. Można też wygodnie zrobić to z
własnego domu, za pośrednictwem internetu, gdzie nie brakuje pożytecznych
informacji w tym zakresie. Przykładem może być strona http://feningi.pl, na której można znaleźć wiele interesujących
wiadomości z sektora bankowego.
Niegdyś
karta kredytowa była symbolem luksusu i wysokich dochodów. Wraz z rozwojem i
dostępem bankowości na dobre zagościła ona w portfelach Polaków, nie tylko tych
dobrze sytuowanych. Nie da się ukryć, że jest to wygodne narzędzie i… bardzo
niebezpieczne. Około 5 mln osób ma w naszym kraju co najmniej jedną kartę
kredytową. Jednak przerażać może fakt, że wielu ludzi nie bardzo wie, czym różni
się ona od karty płatniczej. Wykorzystanie limitu karty kredytowej, jak sama
nazwa wskazuje, jest już formą kredytu, i to na ogół bardzo niekorzystnie
oprocentowanego. Do tego dochodzą dodatkowe opłaty, takie jak ubezpieczenie
karty albo roczna prowizja za korzystanie z tej usługi. Płatność kartą
kredytową i spłata zadłużenia mogą sprawiać wrażenie, że ciągle obracamy
naszymi pieniędzmi – możemy przecież w kolejnym miesiącu swobodnie wydać to, co
wpłaciliśmy na rachunek karty. W ten sposób regularnie zasilamy… system
bankowy. W końcu kiedyś trzeba będzie spłacić zadłużenie na karcie, oczywiście
z należnymi odsetkami.
Banki wiedzą, że karty kredytowe to dla nich świetny
interes, dlatego chętnie oferują je klientom. Niektóre osoby mają nawet po
kilka, a rekordziści – po kilkanaście kart kredytowych. Warto pamiętać, że
zadłużenie na karcie negatywnie odbije się na ocenie zdolności kredytowej,
jeśli będziemy się starać o tradycyjny kredyt. Przede wszystkim trzeba jednak
mieć na uwadze, że plastikowy pieniądz jest wygodnym, lecz ryzykownym
narzędziem płatności.
Samozatrudnienie – zło konieczne czy ciekawa opcja?
Wysokie
koszty pracy sprawiają, że osoby pracujące na etacie stają się niemal
uprzywilejowaną grupą zawodową. Umowa zawierana na czas nieokreślony staje się
dobrem trudno dostępnym. Pracodawcy preferują tańsze rozwiązania, takie jak
umowy cywilnoprawne czy outsourcing. Niekiedy już w ogłoszeniach dotyczących
ofert pracy zamieszcza się zastrzeżenie „gotowość do założenia działalności
gospodarczej”.
Gdy
zaczynałem swoją pierwszą poważniejszą pracę, w zasadzie nie miałem żadnej
możliwości wyboru – miła pani kierowniczka, która ze mną rozmawiała, od razu
zaznaczyła, że po trzech miesiącach pracowania na podstawie umowy o dzieło
muszę otworzyć działalność gospodarczą. Podpisanie innej umowy nie wchodziło w
rachubę. Ponieważ zależało mi na tej pracy, w taki oto sposób zostałem
„przedsiębiorcą”. Tutaj cudzysłów nieprzypadkowy, ponieważ de facto byłem normalnym pracownikiem, który przez co najmniej
osiem godzin dziennie wykonuje swoje obowiązki. No, może nie do końca normalnym
– miałem te same obowiązki co osoby na etacie, ale już praktycznie żadnych
przywilejów wynikających z kodeksu pracy.
Przez
jakiś czas starałem się walczyć z taką sytuacją, bowiem w świetle prawa po
prostu byłem pracownikiem – mój czas pracy był ewidencjonowany, pracowałam w
miejscu i okolicznościach wskazanych przez zlecającego, oczywiście pod jego
nadzorem. Wszelkie dyskusje kończyły się jednak subtelnym wskazaniem mi miejsca
w szeregu – zresztą miejsca, na które było już kilkudziesięciu innych chętnych…
Z czasem firma nieco zmieniła zasady współpracy ze mną i zacząłem pracować w
domu, nie w siedzibie firmy. To już nieco bardziej przypominało typowe
świadczenie usług, choć do ideału było jeszcze daleko. Dziwna to sytuacja, w
której zleceniodawca wylicza zleceniobiorcy każdą minutę pracy i nieustannie
kontroluje jego działania… Po kilku latach nasza współpraca umarła śmiercią
naturalną, a powodem była niewydolność finansowa firmy. Mimo wszystko było to
dość ciekawe przeżycie, w dodatku… płatne. Wiem, że w podobnej sytuacji jest i
może być tysiące pracowników etatowych. Dlatego podzielę się moim
spostrzeżeniami.
Jakie
są zalety jednoosobowej działalności gospodarczej, czyli tak naprawdę
samozatrudnienia? O ile nie jest to ukryty etat, jak w moim przypadku, można
mówić o dużej dozie swobody. Nawet ja, chociaż musiałem się rozliczać z czasu
pracy, w zasadzie nie miałem problemu, aby w dowolnym czasie zrobić sobie wolne
(oczywiście z pewnym konsekwencjami, ale o tym będzie później). W modelowym
przykładzie współpracy działamy na własne ryzyko, realizujemy zlecenia wedle
naszej najlepszej wiedzy i kompetencji. Nie mamy więc stałego nadzoru i
kontroli, rozliczając się jedynie z efektów pracy. Warto podkreślić, że często
jest to wyjście dość korzystne finansowo, w porównaniu z osobami, które pracują
na etatach. Można zarobić więcej, ale i trzeba ponosić koszty własne.
No
i robi się, niestety, mniej różowo… Największym obciążeniem jest konieczność
płacenia składek do ZUS-u. Jeśli chcemy dłużej współpracować, przestaną nas
obowiązywać ulgowe stawki, co jest już bardzo uciążliwe. Trzeba też płacić
podatki. Z mojego doświadczenia wynika, że dość korzystny jest ryczałt. Wiem
jednak, że wiele osób korzysta na podatku VAT, odpisując sobie, na przykład,
koszty paliwa czy zakupu materiałów. Ponosimy też koszty własne, pracując w
domu, chociaż niekoniecznie muszą być one przerażające.
Kolejnym
problemem są urlopy, a w zasadzie ich brak. Jak ktoś kiedyś powiedział: „Jeśli
wykonujesz wolny zawód, wolno ci pracować do upadłego”. Żeby pozwolić sobie na
dwutygodniowy urlop, trzeba praktycznie oszczędzać przez cały rok. Jeśli nie
pracujemy, nie zarabiamy. Każdy nieprzepracowany dzień wiąże się więc z
wymierną stratą. Ani ZUS-u, ani urzędu skarbowego nie interesuje to, że przepracowaliśmy
tylko połowę miesiąca – albo zapłacimy na czas, albo możemy mieć spore kłopoty.
Planowanie
urlopu przy prowadzeniu działalności gospodarczej wymaga ogromnej
samodyscypliny. Będzie ona potrzebna również przy samej pracy. Jeśli potrafimy
sobie doskonale zorganizować dzień, nie będzie z tym problemu. Często po prostu
musimy przekonać naszych domowników, że siedzenie w domu nie musi oznaczać
relaksu, ale pracę.
Jaki jest bilans zysków i strat przy prowadzeniu
jednoosobowej działalności gospodarczej? To oczywiście zależy od opłacalności
danego zajęcia i kondycji finansowej naszego zleceniodawcy. Często można
zarobić więcej niż osoby na etacie. Moim zdaniem jednak najważniejsze jest to,
by nie dać z siebie zrobić ukrytego pracownika. To generuje już prawie same
straty…
Subskrybuj:
Posty (Atom)

